Uśmiech pośród minorowych twarzy, armia robotników i szprotki w pomidorach

Rano jak jasna cholera, tyle że jest totalnie ciemno, wszak to pogranicze środka nocy. Względnie ciepły autobus. Białystok, linia 11. Zatłoczona, jednoczłonowa „konserwa" zmierza - z charakterystycznym dieslowskim klekotem - w stronę Kleosina.

 

Multum ludzi, wśród nich ja. Myślę: jakie mam szczęście, że „nie podróżuję" wraz nimi do miejsca, gdzie np. przez 8 godzin będę siedzieć na kasie albo przewracać worki z mąką czy martwe myszołowy w magazynie łowieckim (co za głupota) - nieważne. Jadę do zajezdni, cóż za komfort...

 

Obserwuję te twarze - ze słuchawkami na uszach - kiwam głową do rytmu i nagle samoistnie dociera do mnie spostrzeżenie, że jako jedyny jestem „podejrzanie" uśmiechnięty wśród tej galerii posępnych twarzy. Czuję na sobie te zaskoczone spojrzenia.

 

Mija godzina. Teraz to ja prowadzę autobus. Inny autobus. Tym razem linii 16. Akurat na tej trasie występuje sporo miejsc pracy. I to całkiem okazałych. Tymczasem zbliża się poranny szczyt. Efekt? W 12-metrowym Manie ludzi przybywa co i rusz to - właściwie z każdym przystankiem. Jest już ponad 100 osób. Jeden jedzie na drugim... i na trzecim, lecz już przylepionym do szyby - by to jakoś zobrazować. Ludzie gnieżdżą się w każdym wolnym centymetrze autobusu jak szprotki w pomidorach. Zasadniczo: tłok, motłoch, zamieszanie - to się nazywa przepełnienie, nie da się ukryć. Drzwi zamykam z trudem. Ale zamykam.

 

Ooo.. jeszcze ktoś chce bilet, choć jednocześnie tyle strapionych oczu czeka cierpliwie na swój upragniony przystanek (opóźnienie). Nic nie szkodzi: proszę bardzo, normalny bilecik, dwa skasować, miłej podróży.

 

Wolę popołudnia (gdzie obserwujemy między innymi tzw. „tyro-powrót" w popołudniom szczycie), ale rano też jest pewna frapująca kwestia: armia ludzi jadąca do pracy. Armia robotników, biurokratów (nieco później), różnej maści pracowników nieidentycznego przeznaczenia. Szczerze mówiąc, odczuwam wtedy radość, że ja zostaje w przyjaznym, ciepłym autobusie i mogę jechać dalej, i nie wysiadam razem z poszczególnymi oddziałami „armii" na typowo przemysłowych przystankach.

 

Będąc tylko pasażerem (wciąż nim jestem, sic!), jeżdżąc autobusem chociażby na uniwersytet, niejednokrotnie myślałem z rana: „aaa... jeszcze bym przejechał się dalej, jest tak ciepło i tak fajnie kołysze tą „kolubryną", że mógłbym jechać aż do Szczecina, gdyby ten autobus tylko zechciał". No i proszę, co się stało... Teraz nie muszę wysiadać. Czy to nie jest chichot historii? A i owszem - i to miły chichot.

 

Wróćmy jednakże do naszej „armii". Obserwacje tego typu uświadamiają ogromne znaczenie komunikacji miejskiej w codziennym funkcjonowaniu miasta. Pokazują jak transport publiczny - chcąc nie chcąc - wplata się w losy kolosalnych wręcz rzeszy ludzi. Pozwalają zrozumieć jak wiele twarzy „przetacza się" przez autobusy w ciągu choćby tylko jednego dnia. Ileż to życiorysów splata ze sobą na moment - zupełnie przypadkowo - jeden autobus!? 

 

Ten niepozorny jeden autobus... bywa niekiedy krzywym zwierciadłem całego społeczeństwa, jego swoistym przekrojem (pod względem wiekowym, zawodowym, nawet i charakterologicznym, a to ledwie kilka przykładów), próbką, wycinkiem, reprezentatywnym okruchem, na podstawie którego można nieco więcej powiedzieć na temat całości.

 

To niby zwykł rejs autobusem, a z każdym przystankiem zaobserwować można wnikliwie jak wielkim i skomplikowanym organizmem jest tzw. społeczeństwo (tak naprawdę zbiorowisko jednostek, ale jednak). Sama podróż komunikacją miejską - nieważne czy w charakterze pasażera czy kierowcy - dobitnie pokazuje całą, ogromną mieszaninę ról społecznych.  I nie chodzi tu tylko o pasażerów, ale również o to, co widać zza szyby... O całą otoczkę, wielkomiejski anturaż. To bardzo fajny i istotny - niefinansowy akurat - apanaż w tej pracy (jeśli to oczywiście dla kogoś coś znaczy). Możliwość obserwacji, wolnej myśli, analizowania...

 

Ileż to pasażerów w ciągu jednego tylko dnia przewiezie - nawet jeden tylko - autobus komunikacji miejskiej. Gdyby ściany tej maszyny miały opowiedzieć wszystko co słyszały i widziały u swych „gości", zapewne nie starczyłoby nam czasu rozkładu i trzeba byłoby wracać do zajezdni...

 

Dawid Horbacz