Pozornie spokojna niedziela.

 

Niby zwykły podjazd na przystanek. Nagle radiowóz zajeżdża mi drogę. Jestem uziemiony. Wyskakują policjanci ze zdeterminowanymi minami. W pierwszej chwili wyobraźnia podsuwa mi myśl, że szukają kogoś, kto jedzie moim autobusem. Biegną jednak dalej. Szybko też pojawiają się następne radiowozy. Za chwilę widać szamoczących się ludzi - z zakrwawionymi nosami - w kajdankach. Zostają wrzuceni do radiowozu. Tenże zaraz rusza, ja też już mogę jechać. Wszystko trwa jakieś 3 minuty. Ruszam więc lekko opóźniony. Nie wiadomo do końca o co tu chodzi, tym niemniej wygląda to na aresztowanie, które odbyło się nie bez zgrzytów.

Mijają dwie, trzy godziny. Wiozę człowieka, który totalnie stracił orientację w terenie. W ogóle nie wie, gdzie jest. Chciał dostać się na dworzec PKP, a wylądował na głębokich Zielonych Wzgórzach. Okazuje się, że to przybysz z Warszawy. Zaczyna się konwersacja, z której wynika, że ów pasażer uczestniczył w burzliwych wydarzeniach na przystanku jako... poszkodowany. Został okradziony i bronił się, chcąc odzyskać swój portfel. Ktoś wezwał policję, która rozwiązała sytuację. Niemniej nieszczęśnik portfela nie odzyskał, ale funkcjonariusze dali wiarę jego relacji czy też wersji zdarzeń. Jest głodny, rozważa kupno biletu kredytowego do stolicy, bo i co ma począć. Poczęstowałem go kabanosami na pętli i "odpaliłem" dwa złote na jakąś bułkę.

Pechowy przybysz wzruszył się tym wszystkim. Hurtowo poleciały mu łzy. Ewidentnie przeżywa całą tą sytuację bardzo mocno.

Co za ludzie mogą być tak perfidni? Hmmm... to są po prostu ludzie "z natury", choć każdy z nich mógł zostać człowiekiem "z wyboru" - aczkolwiek niespecjalnie chcieli. Co taki kryminogenny element może wywołać i co trzeba mieć w ogóle w głowie, żeby uskuteczniać tego typu chore inicjatywy. Ech, od zawsze człowiek człowiekowi wilkiem. Myśli wiją się pod czaszką, tymczasem podróżnik wysiada na dworcu, podszedł jeszcze do kabiny ostatni raz podać rękę.

Myślę o tym jeszcze, gdy tymczasem po godzinie nieoczekiwanie w autobusie pojawia się duży tłum. gdyż właśnie przyjechał pociąg - nomen omen - z Warszawy.

Ogromna rzesza ludzi chce dostać się do centrum miasta i nie tylko. Jeden jedzie na drugim, w międzyczasie "idą" bileciki... niczym grahameczki w totalnej świeżyźnie w osiedlowym spożywczaku.

Mija kilka przystanków. Tłok nieco zelżał. Widzę jak ktoś żwawym krokiem rusza z tyłu autobusu w stronę kabiny. Wtem słychać skowyt:

- Panie kierowco, ktoś zwymiotował z tyłu!!! Jakiś chłopak popuścił i właśnie wysiadł z kolegami...

Niech to szlag, pół godziny przed wyłączeniem z linii!!! Ale kiedyś musiał być ten pierwszy raz! Tylko dlaczego akurat teraz? Oczywiście to niewiele wnoszący auto-konwers, bo w gruncie rzeczy zawsze można tak powiedzieć.

Tak czy inaczej, widok, jaki ukazuje się moim oczom, nie należy zaiste do najprzyjemniejszych. Okazuje się, że to, co młodociany adept alkoholu rzekomo "popuścił" wygląda na przysłowiowy "haft" pierwszego sortu. Co to znaczy? Pechowiec zionął jak smok - promień musiał być ogromny. Po czym koledzy ewakuowali odurzonego nieszczęśnika (tym razem alkoholowego).

No dobra, czas uskutecznić zjazd do zajezdni. Tylko trzeba pozbyć się jeszcze jakoś tego "prezentu" ofiarowanego last minute. Na domiar złego smród zaczyna się rozchodzić na cały autobus. Narasta. 18 metrów ośmioletniego "przegubu" 452 ze specyficznym aromatem. Cudownie! Ściągaczka i baniak z wodą. Szlauchy oczywiście nie działają - mróz! W międzyczasie wietrzenie wszystkimi drzwiami (już w zajezdni). Totalny sajgon. Co za ohydztwo - aż mnie teraz wykręca, gdy to piszę!

A miała być to spokojna niedziela oparta na dostojnej jeździe bez pośpiechu. Delikatnie mówiąc: nie do końca to wyszło:). Niczego w pełni nie sposób przewidzieć, a już szczególnie w profesji kierowcy komunikacji miejskiej.

 

Dawid Horbacz

 

fot. Kuba Zajkowski