Moto piekło wasilkowskie

 

Moto-piekło wasilkowskie.

 

Oj, te remonty, co za mordęga... Ciasny i wąski - zupełnie nieprzystosowany do dużych pojazdów - objazd w Wasilkowie to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza w szczycie. Mijanie się z autobusami PKS, maszynami prywatnych przewoźników albo innymi pojazdami komunikacji miejskiej - delikatnie mówiąc - nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych.

 

Ciemne strony remontów są takie, że z reguły powodują one konieczność objazdów. A nie zawsze da się ten objazd sensownie wyznaczyć. W tym przypadku ruch odbywa się drogami totalnie nieprzystosowanymi do nawet dużej liczby osobówek, nie wspominając już o pojazdach gabarytowych. Jednakże nie ma innego wyjścia. Autobusy i ciężarówki jakoś przejechać też muszą...

 

Boczne ulice Kupiecka i Wojtachowska w podbiałostockim Wasilkowie mają raczej wiejską zabudowę. Tam, pośród spokojnych domków ryk silników  wielkich autobusów (nawet o północy) straszy emerytów, jakich w tym miejscu nie brakuje.

 

Proszę sobie wyobrazić to w detalach: sielski krajobraz, pieski biegają luzem, tylko spójrzmy - tu snuje się ktoś chwiejnie po paru głębszych, tu ktoś leniwie jedzie rowerem, o - ktoś wyszedł pogaworzyć przed dom z sąsiadem... I nagle w taką scenerię wjeżdża przegubowy autobus, a za nim sznur samochodów. Ciasnota „na maksa"! Trzeba się nagimnastykować, żeby nie zahaczyć tyłem o słup czy znak czy też nie wjechać w płot lub w dom.

 

Nagle na zakręcie następuje spotkanie z drugim przegubowym autobusem (tu jeszcze jakoś poszło), by za chwilę w drodze powrotnej natrafić na nieco mniejszy prywatny autobus, którego kierowca zagapił się, nie zaczekał i pojechał na pewniaka. Na zakręcie oczywiście okazało się, że pole manewru tu i tu jest nikłe. I nie idzie przejechać, trzeba cofać. A z tyłu sznur samochodów uskutecznia coś w rodzaju wstecznego domina. Czy to tylko hipotetyczny przykład? Nic z tego, autentyczny...

 

Doszło to takiego clinchu, że ani do przodu, ani do tyłu. Oczyma wyobraźni widziałem już holownik i pogotowie techniczne kręcące głowami z konsternacją: - O, Jasny gwint młody, jak wy żeście tu wjechali. Co tu teraz zrobić - znaki i płoty zdejmować?! Toż to ani do przodu, ani do tyłu?! .

 

Tym niemniej obeszło się bez radiotelefonu. Bez 1 do 452.  Fartownie i jakoś pomału, resztkami marnych centymetrów, jakie nam zostały - z pomocą innych wycofujących za nami kierowców (co bardzo istotne) - zaczęliśmy cofać. Oba autobusy cofały. Z mozołom. Oczywiście z ludźmi i normalnie na linii. Chaos i rosnące opóźnienie.

 

Zapewniam, że jazda do tyłu 18-metrowcem (już złamanym do skrętu), będąc otoczonym z dwóch stron przez słupy, płoty, znaki i domy (i oczywiście samochody; i w ruchu i zaparkowane!) przyprawia o dodatkową dawkę potu. 5 minut katorgi! Co za objazd!

 

Wieczorem, gdy było luźniej sytuacja już się poprawiła. Aczkolwiek panów snujących się po głębszym (nieprzypadkowo znaleźli się w tym „sielskim" opisie) w takich warunkach też się trudniej wyprzedza. W międzyczasie ktoś się nudził i porozbijał butelki na wąskiej jezdni. Pomału jednak udało się sforsować tę przeszkodę. O całkowitym ominięciu mowy być jednak nie mogło.