Ankieta
W autobusie pomyśl o transplantacji
- Mam oświadczenie woli, podpisałem je i od dzisiaj będę nosić przy sobie. Niech po mojej śmierci moje narządy uratują komuś życie - w taki sposób Cezary Zajkowski, szef Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego rozpoczął kampanię, która ma pomóc podlaskiej transplantologii wyjść z zapaści.
Od dziś blisko sto oplakatowanych autobusów będzie jeździło po Białymstoku. U kierowców będą dostępne oświadczenia woli - małe, tekturowe karty. Tam powinny znaleźć się dane, data urodzenia, PESEL a także czytelny podpis.
- Każdy będzie je mógł wziąć i podpisać. Ponadto kierowcy będą mieli informacje o transplantologii i o tym, jak działa to oświadczenie woli - przekonuje Zajkowski. Akcja potrwa co najmniej miesiąc.
Trudne rozmowy
- Tak się utarło, że rodzina przekazuje tę ostatnią wolę i jeżeli najbliżsi nie wyrażają zgody, żeby narządy były pobrane, nie robimy tego - wyjaśnia doc. Marek Gacko z Kliniki Chirurgii Naczyń i Transplantologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. - Problemy pobierania organów od zawsze pobudzały ludzką wyobraźnię w sposób negatywny. Tymczasem Kościół poparł transplantologię. Niestety, świadomość ludzi w tym zakresie jest wciąż niewielka.
Lekarze podkreślają, że ludzie nie są przygotowani ani na śmierć swoją, ani swoich bliskich.
- To najtrudniejsze momenty i rozmowy. Jak przekonać rodzinę, że choć serce bije, ich bliski już nie żyje, a jego zdrowe organy mogą uratować komuś życie? Nie ma na to zasady, formułek - mówi Grażyna Kobuz, koordynator transplantologii w Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.
Aby narząd się przyjął w innym ciele, musi być pobrany w możliwie jak najkrótszym czasie. - Nie ma barier czasowych, ale przekonanie najbliższych trwa czasem kilka godzin, czasem kilka dni - dodaje Kobuz.
Podlaska transplantologia wychodzi z zapaści, jaką obserwowaliśmy przez ostatnie dwa lata, kiedy to liczba przeszczepów spadła o ponad połowę. Ale jest lepiej. W ciągu ostatnich miesięcy w białostockim szpitalu klinicznym przeprowadzono aż sześć udanych operacji.
Gwałtowny spadek liczby przeszczepów to m.in. efekt głośnego zatrzymania w 2007 r. ordynatora kardiochirurgii w warszawskim szpitalu MSWiA Mirosława G., któremu zarzucono korupcję i zabójstwa. Do tego doszedł skandal w Lublinie, gdzie pacjentowi przeszczepiono narządy od mężczyzny w początkowym stadium białaczki. Ogromną część winy za kryzys można też przypisać "Gazecie Polskiej", która obrzuciła błotem białostockich anestezjologów. Pojawiły się zarzuty, że celowo usypiali oni pacjentów i handlowali ich narządami. Przestraszone rodziny potencjalnych dawców przestały się godzić na pobieranie narządów bliskich. Choć medycy zostali oczyszczeni z zarzutów, w społeczeństwie nagromadziło się mnóstwo negatywnych odczuć.
- Po tym wszystkim rejestr sprzeciwów (tam jeszcze za życia można zgłosić, że nie chce się oddać swoich narządów - przyp. red.) pękał w szwach - mówi docent Gacko. - Wierzę, że akcja w autobusach zmieni myślenie przynajmniej części ludzi.
Krwiodawstwo wypaliło - Krzyś żyje
To nie pierwsza kampania, jaką przeprowadziło KPK. W ubiegłym roku, razem z białostockim oddziałem PCK, w komunikacji promowana była idea honorowego krwiodawstwa. Choć nie ma przełożenia na ile plakaty w autobusach zwiększyły zapasy krwi, to akcja była udana. - Świadczy o tym list, jaki dostaliśmy od rodziców pewnego chłopca. Dziękują za uratowanie ich dziecka jednemu z naszych kierowców. On w ramach promowania akcji krwiodawstwa sam oddał blisko litr krwi. Taki gest sprawił, że Krzyś, choć miał ciężki wypadek samochodowy, dziś żyje - mówi Cezary Zajkowski, szef KPK. - Choćby dla niego warto było.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
